Od czasu do czasu powraca w mediach temat Adama Michnika, podobnie jak sprawa znanego potwora ze znanego szkockiego jeziora...
Na sformułowane wyżej pytanie można dzisiaj odpowiedzieć: znany i wpływowy magnat prasowy, szara eminencja III RP (po rosyjsku: "sierij kardinał"; zabawne, nieprawdaż, bo to trochę więcej niz dyrektor rozgłośni, z którym rywalizuje, i którego od początku stara sie zniszczyć).
 
Kiedyś, dawno temu, wystąpiłem - naiwny - w jego obronie (oraz w obronie Henryka Szlajfera), gdyż wydawało mi się, że reprezentuje bliskie mi wartości; podobnie postąpiło zresztą tysiące ówczesnych studentów, za co zostalismy napiętnowani na całe życie i zepchnięci na społeczny margines - tak samo w PRL, jak i w III RP - no, chyba, że niektórzy z nas podjęli współpracę z "komuną", w tej czy innej formie... Nie doczekaliśmy się nigdy rewanżu, co najwyżej niektórzy zarobili w jego gazecie na epitet oszołoma, gdy krytykowali "komuchów" lub neo-liberałów komunistycznej prowieniencji...
 
 
 
Ludzie Kochani, od czasu, gdy Zbigniew Herbert nazwał Michnika "Nikodemem Dyzmą polskiej polityki" - wprowadzając najbardziej przenikliwą definicję tego faceta - nikt poważnie myślący nie powinien mu poświęcać ani chwili, chyba że celem zdemaskowania; zdziwienia tym co robi i głosi są po prostu żałosne!
 
A zaczynał poważne polityczne działania od konstruowania aliansu "lewicy laickiej" z Kosciołem, miał podobno jakieś zasługi w tworzeniu KOR-u (w tamtym czasie, po krwawym Grudniu 1970, był to sposób na ponowną legitymizację "lewicy"), napisał - a własciwie skomponował - książkę pt. "Z dziejów honoru w Polsce(sic!"), opublikował w 1989 roku znany tekst zatytułowany "Wasz prezydent - nasz premier" (dzisiaj ten tytuł słuzy do opisu stosunków niemiecko-polsko-rosyjskich...), ale są tacy, którzy mówią, że przedstawiony pomysł "pożyczył" od kogoś, chyba któregoś z Kaczyńskich. Byłem naocznym świadkiem, gdy latem 1981 roku twierdził, że w Polsce władza leży na ulicy...
 
Nawet ludzie z Wybranego Narodu (np. Dawid Ost, autor książki "Klęska Solidarności") przyznają, że od 1985-86 roku (a więc już prawie 30 lat temu!)  postawił on na "komuchów" (rok wcześniej obcałowywał żywego i oficjalnie czcił już nieżywego Popiełuszkę!), jako Siłę Postępu i zaporę przeciwko Polskiemu Ciemnogrodowi (Rydzykowi, Macierewiczowi,świadkowi jego realnych zasług w walce z "komuną" w latach 70-tych, Kaczyńskim itp.).

Pomijając jeden moment - jego rolę w ujawnieniu tzw. "afery Rewina" - jest konsekwentny w tej reorientacji: hołdy wobec Jaruzela i Kiszczaka, poparcie Palikota, konszachty z Putinem, i wiele, wiele podobnych "zasług".
Sztuka jego auto-promocji polegała i polega na "przyklejaniu się" do ludzi, którzy coś znaczyli i znaczą - od Kuronia i Modzelewskiego, poprzez W.Hawla aż po wspomnianego już Putina.

Wedle mojej definicji podpada on pod ogólną, ludową zasadę: "Czym skorupka za młodu nasiąknie - tym na starość cuchnie!". Dotyczy ona jego i wielu ludzi z jego kręgu...
Teraz już nie tylko bym ich nie bronił, ani nawet ręki nie podał!

WŁODZIMIERZ PAŃKÓW